Naładowali baterie. Dranie zrobili chociaż taką przysługę
światu. Jago przyniosła mu koc, więc lód w ciele zaczął tajać. Przelecieli nad
granicą i dwaj więźniowie z tyłu samolotu zostali zamknięci w toalecie, w której
wyłączono światło i której drzwi trzymało na muszce dwóch gorliwych ochroniarzy
Ilisidi. Wszyscy orzekli, że mogą zaczekać do lądowania na lotnisku Moghara.
Restart systemu, tryb trzeci, wcisnąć "m", tryb czwarty,
jednocześnie, WYŚLIJ.
Gładko i łatwo, jeśli funkcjonuje także lewa ręka. Poradził
sobie prawą.
Pojawił się znak zachęty oraz słowa w mospheiranie: "Podać
datę".
Zamiast tego napisał w mospheiranie: "Być albo nie być".
Zameldował się system.
Wypuścił powietrze z płuc i zaczął pisać pięcioma palcami,
wywołując pliki, kody dostępu i łączności z siecią na Mospheirze, a potem
umieszczając je w tekście jako ukryte znaki, które zapoczątkują wymianę
informacji między jego komputerem i Mospheirą.
Gdyby rebelianci dotarli na poziom systemu, to mogliby z
łatwością przelecieć samolotem przez linię obrony Mospheiry. Mogliby rozłożyć
całą sieć. Zniszczyć wszystko od systemu metra po antenę stacji naziemnej -
chyba że rozsądna Mospheira już dawno się zorientowała, że paidhi ma kłopoty i
zmieniła wszystkie kody.
Nie oznaczało to jednak, że nie ma z nimi połączenia. Bren
dostałby inne łącza, aż wreszcie otrzymałby odpowiednie upoważnienie.
Z trudem przebijał się, klawisz za klawiszem, przez wstępny
tekst.
"Przepraszam, że się nie kontaktowałem...".
Banichi, stojąc, rozmawiał z Ilisidi i jednym z jej atevich,
który siedział z przodu samolotu. Teraz podszedł do Brena, opierając się o
fotele, uważając na kostkę ujętą w łubki.
- Usiądźże wreszcie, do cholery! - powiedział Bren i mruknął
grzecznie: - Nadi.
Banichi dotarł do fotela obok niego i opadł na siedzenie z
głębokim westchnieniem. Ttwarz miał pokrytą kropelkami potu. Nie wyglądał jednak
na niezadowolonego, mimo że cierpiał straszliwy ból.
- Właśnie połączyłem się z Tabinim - powiedział. - Cieszy się,
że nic ci się nie stało, mówi, że był głęboko przekonany, iż samodzielnie
zdusisz rebelię.
Musiał się roześmiać. Zabolało.
- Wysyła swój prywatny samolot - ciągnął Banichi. - Zostaliśmy
skierowani do Alujisan. Dłuższy pas. Cenedi się trzyma, ale mówi, że zaczyna
słabnąć i że cieszy się z pomocy. Przekażemy więźniów miejscowej straży,
wsiądziemy do czystego samolotu i każemy sobie podać obiad. Tymczasem Tabini
przerzuca oddziały drogą powietrzną aż do Bairimagi. To trzy godziny jazdy
pociągiem od Maidingi, a dwie od Fagioni i Wigairiin. Pewnie zaproponuje potem
amnestię - jeśli, jak mówi, wymyślisz na temat tego statku coś, co uspokoi
hasdrawad. Chce, żebyś jeszcze dziś wieczorem stawił się na dworze.
- Z odpowiedzią. - Już nie chciało mu się śmiać. - Banichiji,
atevi mają wszelkie prawa do obcych na statku. My na Mospheirze nie. Wiesz, że
nasza obecność w tym systemie słonecznym była dziełem przypadku... w
przeciwieństwie do lądowania. Byliśmy pasażerami na tym statku. Załoga go
zabrała i zostawiła nas tu. Powiedzieli, że znajdą miejsce pod budowę. Nie
podobało nam się ich odejście, a im nie podobały się nasze plany wylądowania
tutaj. Możliwe, że dwieście lat wcale nie wpłynęło na poprawę naszych stosunków
z tymi ludźmi.
- Czy przylecieli, żeby was zabrać?
- Uszczęśliwiłoby to niektórych atevich, prawda?
- Nie Tabiniego.
Jasne, że nie Tabiniego. Nie filar Patronatu Zachodniego.
Dlatego mieli na pokładzie samolotu kilka trupów: strach przed ludźmi był tylko
częścią tej sytuacji.
- Istnieją poważne naciski na Patronat - rzekł ponuro Banichi.
- Siły konserwatywne. Zazdrośnicy. Ambitni. Pokój utrzymywało pięć administracji
pod aijiin w Shejidan, działających pod dyktando paidhiin...
- My niczego nie dyktujemy.
-....a więc działających według żelaznych sugestii paidhiin.
Wspieranych przez stację kosmiczną i technologię, o jakiej nam się nie śniło.
- Stację kosmiczną, która przynajmniej raz w miesiącu nadlatuje
z orbity i razi ogniem stolice prowincji - już raz o tym rozmawialiśmy, Banichi.
Rozmawiałem o tym z atevimi llisidi w piwnicy, a całkiem niedawno z dżentelmenem
z tyłu samolotu, który złamał mi rękę, serdeczne dzięki, nadi, ale nie
zamierzamy w tym miesiącu opanować waszej planety. - Majaczył, plątały mu się
wątki. Oparł głowę na zagłówku. - Oni wam niczym nie zagrożą, Banichi,
przynajmniej jeśli chodzi o lądowanie. Oni nie lubią żyć na planetach. Chcą,
żebyśmy przybyli do nich i za darmo utrzymywali im stację, żeby oni mogli sobie
podróżować, dokąd chcą, i żebyśmy wykonywali wszelkie naprawy i zaopatrywali im
statek.
- Zmuszą was zatem do powrotu na stację? - zapytał Banichi.
- Myślę, że do nas nie dotrą. Nie mają lądowników. Przynajmniej
nie mieli ich wtedy. Będą musieli zaczekać, aż my będziemy umieli wystartować. -
Zaczął dostrzegać fragmenty łamigłówki. Ramię bolało go jak sto szatanów. - O,
będą musieli poczekać. Gildia Pilotów będzie negocjować. Boją się was jak
cholera.
- Nas?
- Możliwości, że staniecie się ich wrogami. - Odwrócił głowę. -
Czas płynie inaczej dla astronautów. Nie pytaj mnie, jak. Oni jednak myślą w
kategoriach długich odcinków czasu. Bardzo długich odcinków. Nie jesteście do
nich podobni, a oni nie potrafią na zawsze utrzymać was na dnie studni
grawitacyjnej. - Roześmiał się sucho. - Tak zaczęła się waśń między nami, bo
niektórzy z nas twierdzili, że musimy nawiązać kontakt z atevimi. A Gildia
Pilotów mówiła: nie, wynieśmy się stąd, nawet nas nie zauważą.
- Żartujesz, nadi.
- Niezupełnie. Prześpij się, Banichi-ji. Ja popracuję trochę na
komputerze.
- Nad czym?
- Nad łącznością długodystansową. Bardzo długodystansową.
Ilisidi stała nad ramieniem Cenediego, a Banichi i Jago
zaglądali przez ramię Brenowi. On siedział w fotelu drugiego pilota. Przewód był
dość krótki.
- Co robisz? - zapytała Ilisidi.
- Przesyłam komendę, nand' wdowo. O, tak. Komputer teraz
rozmawia.
- Za pomocą liczb.
- Zasadniczo.
- Jak się wybiera te liczby?
- Według bardzo starej tabeli, nand' wdowo. Nie różnią się od
modelu, który, zapewniam cię, przekazaliśmy atevim już dawno temu. - Czekał
niecierpliwie na światełko. Zapłonęło na żółto i serce Brena podskoczyło.
- Halo, Mospheira.
- Czy oni nas słyszą? - zapytała Ilisidi.
- Nie to, co mówimy w tej chwili. Tylko to, co wklepujemy.
- Cóż za straszne zmiany w języku.
- A zatem wpisujemy, nand' wdowo. - Światełka błyskały na
przemian. Pojawił się napis "Identyfikacja". Samolot leciał na autopilocie i
Cenedi poświęcił uwagę literom i liczbom pełzającym po małym ekranie. Każda
linijka kończyła się dwukropkiem - koniec linijki nie mieścił się na ekranie.
Ludzie zaprojektowali atewski system. Reagował on bardzo dobrze
na transmisje z ludzkiej strony. Systemy rozmawiały ze sobą, dzięki Bogu. Dzięki
Bogu.
Samolot natknął się na turbulencje. Ból przeszył zakończenia
nerwowe w ramieniu Brena. Poszarzało i poczerwieniało mu przed oczyma; na chwilę
musiał odchylić się w fotelu, o mało nie stracił przytomności.
- Nand' paidhi? - Poczuł na policzku dłoń Jago. Otworzył oczy.
Zobaczył tekst na ekranie.
Biuro Spraw Zagranicznych chciało rozmawiać przez radio.
Słuchawki miał w zasięgu ręki. Chwycił je i spróbował niezdarnie nałożyć jedną
ręką. Pomogła mu Jago. Podał Cenediemu częstotliwość, usłyszał trzask zakłóceń.
- Tak - potwierdził. - Mówi Cameron. Trochę sfatygowany, ale
jeszcze sprawny. Gdzie jest Hanks?
Chwila ciszy - pewnie się naradzali. W końcu powiedzieli, że
nie mieli od niej żadnych wiadomości. Przed czterema dniami poleciała do
Shejidan i wpadła w czarną dziurę.
- Pewnie nic się jej nie stało. Atevi zauważyli, że mamy na
górze towarzystwo. Rozumiem, że to nasi?
Biuro Spraw Zagranicznych odpowiedziało:
- To "Feniks" w bardzo drażliwym nastroju.
- Jaka jest sytuacja?
- Delikatna.
- Chcecie współpracy atevich? Chcecie od nich zaproszenia? "Czy
mówisz pod przymusem?" - usłyszał zaszyfrowany zwrot.
Roześmiał się. Zabolało i poczuł w oczach łzy.
- Pierwszeństwo, pierwszeństwo, pierwszeństwo, BSZ jeden.
Przekażcie kody Hanks z powrotem numerowi dwa i dajcie mi antenę na Adams,
dzisiaj z Shejidanu. Nie działam pod przymusem.
Samo Biuro Spraw Zagranicznych nie mogło dać mu takiego
upoważnienia - a przynajmniej tak twierdził urzędnik pełniący dyżur.
- Posłuchajcie, siedzę tu, rozmawiając w mospheiranie, dzięki
pół tuzinowi wysoko postawionych atevich, którzy udostępnili mi swój sprzęt.
Powiedziałbym, że świadczy to o dużej dozie zaufania. Przekażcie to na
odpowiedni poziom.
Atevi nie mieli słowa na zaufanie. Tak powiedziało Biuro Spraw
Zagranicznych.
- Mają słowa, których nie mamy my, BSZ. Słuchajcie Hanks albo
słuchajcie mnie. Ja muszę przeprowadzić tę rozmowę. Naprawdę potrzebujemy
zezwolenia aijiego na pobyt na tej planecie. O co chodzi "Feniksowi"?
Biuro uznało, że powinno porozmawiać z prezydentem.
- Proszę bardzo. Będzie o wiele uprzejmiej, jeżeli moja rozmowa
z "Feniksem" przejdzie przez antenę na Adams. Alternatywą aijiego jest antena
satelitarna na Mogari-nai i on chyba użyje jej bezpośrednio. Atevi mogą sobie
poradzić beze mnie. Gdyby zechcieli. Rozumiecie? Rząd Tabiniego znajduje się pod
presją. W prowincji Maidingi wybuchły zamieszki. Tam właśnie byłem. Tabini musi
zareagować na obecność statku.
Zaproponuje Mospheirze szansę wzięcia udziału w tej reakcji.
Jednolity front, BSZ. Myślę, że uda mi się to załatwić.
Trzy godziny, powiedziało Biuro. Będą musieli porozmawiać z
prezydentem. Zebrać radę.
- Trzy godziny maksimum. Przypominam, że znajdujemy się w
Patronacie Zachodnim. Tabini w ostatecznym rozrachunku będzie działał w
interesie Patronatu. Gorąco doradzam przyłączenie się do niego. _
Biuro Spraw Zagranicznych zakończyło rozmowę. Komputer
rozłączył się. Bren zamknął oczy, poczuł delikatne ukłucie ludzkiej
odpowiedzialności. Bardzo delikatne. Będzie człowiekiem po sesji hasdrawadu. Po
rozmowie z Tabinim. Dostanie samolot na Mospheirę... Wierzył, że tamtejsze
szpitale będą wiedziały, jak go poskładać.
- Nand' paidhi - odezwał się po chwili Banichi.
Nie rozumieli tej rozmowy. Banichi być może rozumiał co trzecie
słowo, ale nikt inny. Byli cholernie cierpliwi. I słusznie zaniepokojeni.
- Powiedz Tabiniemu, żeby przygotował antenę na Mogari-nai do
rozmowy ze statkiem dziś wieczorem. Chyba dostaniemy antenę na Allan Thomas, ale
kiedy ma się do czynienia z Mospheirą, nadiin, zawsze trzeba dać im do
zrozumienia, że istnieje alternatywa.
- Jaką alternatywę przedstawimy temu statkowi? - zapytała
Ilisidi.
Bystra kobieta.
- Jaką alternatywę? Przyszłość stosunków między atevimi i
ludźmi. Współpracę, patronat i handel. Odpowiednim słowem jest tu "traktat",
nand' wdowo. Posłuchają. Muszą posłuchać.
- Odpocznij - powiedziała stojąca za nim Jago i odgarnęła mu
włosy z czoła. - Bren-ji.
Przez chwilę nie chciało mu się ruszyć. Wystarczająco bolało go
w drodze do kabiny.
Prawdopodobnie Tabini wiedział o wszystkim, co właśnie zostało
powiedziane - plus minus kilka kodów; ale i na to nie ma co za bardzo liczyć,
jeśli wzięli się za to specjaliści. Jeżeli chodzi o liczby, to niczego, czym się
posługiwano, żeby ominąć atevich, nie można było używać długo.
Pokój leżał jednak w interesie wszystkich. Na pewno w interesie
Tabiniego. I ludzi - tych na statku oraz przywiązanych do planety kolonistów
znajdujących się bardzo, bardzo daleko od swego macierzystego świata.
Powiedział Djinanie, że być może będą chodzić po księżycu.
Teraz mógłby się o to założyć. Tylko żeby Malguri przetrwało. Z wysiłkiem
zamknął komputer. Jago zamknęła walizeczkę i odłączyła przewód. Potem trzeba
było wstać.
Udało mu się tylko tyle. Podtrzymał go Banichi, stojąc na
jednej nodze. Aiji-wdowa powiedziała coś nieprzyzwoitego o młodzieńcach, którzy
padają u jej stóp. Idź usiąść, ona rządzi w tym samolocie.
- Pozwól - powiedziała Jago i objęła go w pasie, co znacznie
wpłynęło na stabilność samolotu, przynajmniej w jego oczach. Banichi pokuśtykał
za nimi. Usiadł obok Brena.
- Daleko, prawda, nadi? - rzekł Banichi. - Jeśli wy tam
polecicie, to my też, nadi.
Nie mógł powiedzieć, że rozumie Jago, Banichiego czy Tabiniego.
Nie mógł powiedzieć, że oni go rozumieją.
Banichi wpadł na przerażającą myśl. Bren-jednak nagle uznał to
za możliwe, kiedy nastąpią negocjacje, kiedy Moshpeira zbuduje ten pojazd
orbitalny albo statek zbuduje lądownik. Atevi polecą w kosmos. Nie ma
wątpliwości. Jeszcze za jego życia.
Baji-naji. Kości zostały rzucone, Los i Przypadek dokonały
wyboru. Nikt nie rodzi się przywiązany do patronatu. Trzeba gdzieś znaleźć swoje
man'chi i wejść w coś, co ludzie niezupełnie mogą zgłębić.
Chociaż może, jak to bywa z takimi sprawami, atevi też nie
znaleźli na to dokładnego określenia.
K O N I E C |