Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 16 .    

    Kiedy sądził, że umiera, wcale nie pomyślał o Barb, i to była gorzka prawda. Barb pojawiała się w jego myślach i uczuciach niczym gaszona i zapalana żarówka.

    Gaszenie było diabelnie łatwe. Zapalanie wymagało wyobraźni, którą z trudem budził do rozpaczliwego, posłusznego życia, ilekroć zamykał się wokół niego atewski świat lub gdy Bren wybierał się na kilkudniowe wakacje na Mospheirę.

    "Spotkanie z Barb" było wymówką, dzięki której nie musiał się widywać z rodziną.

    "Spotkanie z Barb" było kłamstwem, którym raczył matkę, kiedy chciał po prostu pojechać w góry, gdzie nie było ani jego rodziny, ani Barb.

    Taka była prawda, choć nigdy przedtem do niej się nie przyznawał.

    Takie było jego życie, jego całe, po ludzku mówiąc, życie emocjonalne nie związane z pracą, Tabinim i intelektualnym wyważaniem ekwiwalentów, liczb oraz kołnierzy komór spalania w zbiornikach paliwa. Kiedyś wiedział, co ma robić i czuć w obecności ludzi.

    Tyle że ostatnio chciał tylko gór, wiatru i śniegu.

    Ostatnio był szczęśliwy wśród atevich, odnosił sukcesy w kontaktach z Tabinim, a wszystko to okazało się domkiem z kart. Sprawy, dzięki którym, jak sądził, był najlepszym z paidhiin, znieczuliły go na wszelkie niebezpieczeństwa. Osoby, którym ufał...

    Coś mokrego i szorstkiego zaatakowało jego twarz, silna ręka odchyliła mu głowę do tyłu, coś znajomego zagrzmiało mu w uszach. Nie wiedział, co się dzieje, dopóki nie otworzył oczu, nie zobaczył czegoś białego poplamionego krwią i nie poczuł pod prawą ręką poręczy fotela.

    Zakrwawiony ręcznik oddalił się. Nad Brenem zawisła ciemna twarz Jago. Silniki mruczały miarowo.

    - Bren-ji - powiedziała Jago, osuszyła mu górną wargę i skrzywiła się. - Cenedi mówi, że jesteś niezwykle odważny. I bardzo głupi.

    - Uratowałem mu ten cholerny... - to nie było ładne słowo w ragi. Obejrzał się, zobaczył, że Banichiego nie ma w pobliżu. - Kark.

    - Cenedi wie, nadi-ji. - Znów zaczęła ociera mu twarz, co znakomicie uniemożliwiało rozmowę. Następnie Jago powiesiła ręcznik na oparciu fotela z drugiej strony przejścia i usiadła na poręczy fotela Brena.

    - Byłaś na mnie wściekła.

    - Nie - odparła po swojemu Jago.

    - Boże.

    - Co to jest "Boże"?

    Czasami przy Jago człowiek nawet nie wiedział, od czego zacząć.

    - A więc nie jesteś na mnie wściekła.

    - Zachowywałeś się jak głupiec, Bren-ji. Poszłabym z tobą. Nic by ci się nie stało.

    - Ale Banichi nie mógł iść!

    - To prawda - przyznała.

    Złość. Pomieszanie. Frustracja albo ból. Nie był pewien, co nim zawładnęło.

    Jago wyciągnęła rękę i wytarła palcami policzek Brena. Bardzo fachowo. Była trzeźwiejsza od niego.

    - Łzy - wyjaśnił.

    - Co to są "łzy"?

    - Boże.

    - "Boże" to "łzy"?

    Musiał się roześmiać. Wytarł oczy dłonią zdrowej ręki.

    - Tak, między innymi, Jago-ji.

    - Nic ci nie jest?

    - Czasami myślę, że zawiodłem. Sam nie wiem. Podobno mam was rozumieć. W większości przypadków nie wiem, nadi Jago. Czy to oznacza niepowodzenie?

    Jago zamrugała oczyma i dopiero po chwili powiedziała:

    - Nie.

    - Nie mogę sprawić, żebyś ty mnie zrozumiała. Jak może mi się udać z innymi?

    - Ale ja rozumiem, nadi Bren.

    - Co rozumiesz? - Poczuł nagłą, irracjonalną rozpacz, a samolot z ładunkiem martwych i rannych na pokładzie niósł go tam, gdzie Bren nad niczym nie panował.

    - Że masz w sobie ogromne pokłady dobrej woli, nadi Bren. - Jago znów wytarła mu twarz palcami, odgarnęła z niej włosy. - Banichi i ja przekonaliśmy dziesięć osób, żeby opowiedziały się za tobą. Opowiedzieliby się wszyscy. Dobrze się czujesz, nadi Bren?

    Oczy miał przepełnione łzami. Nic nie mógł na to poradzić. Jago wciąż wycierała mu twarz.

    - Nic mi nie jest. Gdzie mój komputer, Jago? Macie go?

    - Tak. Jest całkowicie bezpieczny.

    - Muszę się podłączyć do systemu łączności. Jeśli przynieśli mój neseser, to mam przewód.

    - Po co, Bren-ji?

    - Żeby porozmawiać z Mospheirą - odparł, bojąc się naraz, że Jago i Banichi mogą nie mieć odpowiedniej władzy. W imieniu Tabiniego, nadi. Proszę cię.

    - Porozmawiam z Banichim.






    Naładowali baterie. Dranie zrobili chociaż taką przysługę światu. Jago przyniosła mu koc, więc lód w ciele zaczął tajać. Przelecieli nad granicą i dwaj więźniowie z tyłu samolotu zostali zamknięci w toalecie, w której wyłączono światło i której drzwi trzymało na muszce dwóch gorliwych ochroniarzy Ilisidi. Wszyscy orzekli, że mogą zaczekać do lądowania na lotnisku Moghara.

    Restart systemu, tryb trzeci, wcisnąć "m", tryb czwarty, jednocześnie, WYŚLIJ.

    Gładko i łatwo, jeśli funkcjonuje także lewa ręka. Poradził sobie prawą.

    Pojawił się znak zachęty oraz słowa w mospheiranie: "Podać datę".

    Zamiast tego napisał w mospheiranie: "Być albo nie być". Zameldował się system.

    Wypuścił powietrze z płuc i zaczął pisać pięcioma palcami, wywołując pliki, kody dostępu i łączności z siecią na Mospheirze, a potem umieszczając je w tekście jako ukryte znaki, które zapoczątkują wymianę informacji między jego komputerem i Mospheirą.

    Gdyby rebelianci dotarli na poziom systemu, to mogliby z łatwością przelecieć samolotem przez linię obrony Mospheiry. Mogliby rozłożyć całą sieć. Zniszczyć wszystko od systemu metra po antenę stacji naziemnej - chyba że rozsądna Mospheira już dawno się zorientowała, że paidhi ma kłopoty i zmieniła wszystkie kody.

    Nie oznaczało to jednak, że nie ma z nimi połączenia. Bren dostałby inne łącza, aż wreszcie otrzymałby odpowiednie upoważnienie.

    Z trudem przebijał się, klawisz za klawiszem, przez wstępny tekst.

    "Przepraszam, że się nie kontaktowałem...".

    Banichi, stojąc, rozmawiał z Ilisidi i jednym z jej atevich, który siedział z przodu samolotu. Teraz podszedł do Brena, opierając się o fotele, uważając na kostkę ujętą w łubki.

    - Usiądźże wreszcie, do cholery! - powiedział Bren i mruknął grzecznie: - Nadi.

    Banichi dotarł do fotela obok niego i opadł na siedzenie z głębokim westchnieniem. Ttwarz miał pokrytą kropelkami potu. Nie wyglądał jednak na niezadowolonego, mimo że cierpiał straszliwy ból.

    - Właśnie połączyłem się z Tabinim - powiedział. - Cieszy się, że nic ci się nie stało, mówi, że był głęboko przekonany, iż samodzielnie zdusisz rebelię.

    Musiał się roześmiać. Zabolało.

    - Wysyła swój prywatny samolot - ciągnął Banichi. - Zostaliśmy skierowani do Alujisan. Dłuższy pas. Cenedi się trzyma, ale mówi, że zaczyna słabnąć i że cieszy się z pomocy. Przekażemy więźniów miejscowej straży, wsiądziemy do czystego samolotu i każemy sobie podać obiad. Tymczasem Tabini przerzuca oddziały drogą powietrzną aż do Bairimagi. To trzy godziny jazdy pociągiem od Maidingi, a dwie od Fagioni i Wigairiin. Pewnie zaproponuje potem amnestię - jeśli, jak mówi, wymyślisz na temat tego statku coś, co uspokoi hasdrawad. Chce, żebyś jeszcze dziś wieczorem stawił się na dworze.

    - Z odpowiedzią. - Już nie chciało mu się śmiać. - Banichiji, atevi mają wszelkie prawa do obcych na statku. My na Mospheirze nie. Wiesz, że nasza obecność w tym systemie słonecznym była dziełem przypadku... w przeciwieństwie do lądowania. Byliśmy pasażerami na tym statku. Załoga go zabrała i zostawiła nas tu. Powiedzieli, że znajdą miejsce pod budowę. Nie podobało nam się ich odejście, a im nie podobały się nasze plany wylądowania tutaj. Możliwe, że dwieście lat wcale nie wpłynęło na poprawę naszych stosunków z tymi ludźmi.

    - Czy przylecieli, żeby was zabrać?

    - Uszczęśliwiłoby to niektórych atevich, prawda?

    - Nie Tabiniego.

    Jasne, że nie Tabiniego. Nie filar Patronatu Zachodniego. Dlatego mieli na pokładzie samolotu kilka trupów: strach przed ludźmi był tylko częścią tej sytuacji.

    - Istnieją poważne naciski na Patronat - rzekł ponuro Banichi. - Siły konserwatywne. Zazdrośnicy. Ambitni. Pokój utrzymywało pięć administracji pod aijiin w Shejidan, działających pod dyktando paidhiin...

    - My niczego nie dyktujemy.

    -....a więc działających według żelaznych sugestii paidhiin. Wspieranych przez stację kosmiczną i technologię, o jakiej nam się nie śniło.

    - Stację kosmiczną, która przynajmniej raz w miesiącu nadlatuje z orbity i razi ogniem stolice prowincji - już raz o tym rozmawialiśmy, Banichi. Rozmawiałem o tym z atevimi llisidi w piwnicy, a całkiem niedawno z dżentelmenem z tyłu samolotu, który złamał mi rękę, serdeczne dzięki, nadi, ale nie zamierzamy w tym miesiącu opanować waszej planety. - Majaczył, plątały mu się wątki. Oparł głowę na zagłówku. - Oni wam niczym nie zagrożą, Banichi, przynajmniej jeśli chodzi o lądowanie. Oni nie lubią żyć na planetach. Chcą, żebyśmy przybyli do nich i za darmo utrzymywali im stację, żeby oni mogli sobie podróżować, dokąd chcą, i żebyśmy wykonywali wszelkie naprawy i zaopatrywali im statek.

    - Zmuszą was zatem do powrotu na stację? - zapytał Banichi.

    - Myślę, że do nas nie dotrą. Nie mają lądowników. Przynajmniej nie mieli ich wtedy. Będą musieli zaczekać, aż my będziemy umieli wystartować. - Zaczął dostrzegać fragmenty łamigłówki. Ramię bolało go jak sto szatanów. - O, będą musieli poczekać. Gildia Pilotów będzie negocjować. Boją się was jak cholera.

    - Nas?

    - Możliwości, że staniecie się ich wrogami. - Odwrócił głowę. - Czas płynie inaczej dla astronautów. Nie pytaj mnie, jak. Oni jednak myślą w kategoriach długich odcinków czasu. Bardzo długich odcinków. Nie jesteście do nich podobni, a oni nie potrafią na zawsze utrzymać was na dnie studni grawitacyjnej. - Roześmiał się sucho. - Tak zaczęła się waśń między nami, bo niektórzy z nas twierdzili, że musimy nawiązać kontakt z atevimi. A Gildia Pilotów mówiła: nie, wynieśmy się stąd, nawet nas nie zauważą.

    - Żartujesz, nadi.

    - Niezupełnie. Prześpij się, Banichi-ji. Ja popracuję trochę na komputerze.

    - Nad czym?

    - Nad łącznością długodystansową. Bardzo długodystansową.

    Ilisidi stała nad ramieniem Cenediego, a Banichi i Jago zaglądali przez ramię Brenowi. On siedział w fotelu drugiego pilota. Przewód był dość krótki.

    - Co robisz? - zapytała Ilisidi.

    - Przesyłam komendę, nand' wdowo. O, tak. Komputer teraz rozmawia.

    - Za pomocą liczb.

    - Zasadniczo.

    - Jak się wybiera te liczby?

    - Według bardzo starej tabeli, nand' wdowo. Nie różnią się od modelu, który, zapewniam cię, przekazaliśmy atevim już dawno temu. - Czekał niecierpliwie na światełko. Zapłonęło na żółto i serce Brena podskoczyło.

    - Halo, Mospheira.

    - Czy oni nas słyszą? - zapytała Ilisidi.

    - Nie to, co mówimy w tej chwili. Tylko to, co wklepujemy.

    - Cóż za straszne zmiany w języku.

    - A zatem wpisujemy, nand' wdowo. - Światełka błyskały na przemian. Pojawił się napis "Identyfikacja". Samolot leciał na autopilocie i Cenedi poświęcił uwagę literom i liczbom pełzającym po małym ekranie. Każda linijka kończyła się dwukropkiem - koniec linijki nie mieścił się na ekranie.

    Ludzie zaprojektowali atewski system. Reagował on bardzo dobrze na transmisje z ludzkiej strony. Systemy rozmawiały ze sobą, dzięki Bogu. Dzięki Bogu.

    Samolot natknął się na turbulencje. Ból przeszył zakończenia nerwowe w ramieniu Brena. Poszarzało i poczerwieniało mu przed oczyma; na chwilę musiał odchylić się w fotelu, o mało nie stracił przytomności.

    - Nand' paidhi? - Poczuł na policzku dłoń Jago. Otworzył oczy. Zobaczył tekst na ekranie.

    Biuro Spraw Zagranicznych chciało rozmawiać przez radio. Słuchawki miał w zasięgu ręki. Chwycił je i spróbował niezdarnie nałożyć jedną ręką. Pomogła mu Jago. Podał Cenediemu częstotliwość, usłyszał trzask zakłóceń.

    - Tak - potwierdził. - Mówi Cameron. Trochę sfatygowany, ale jeszcze sprawny. Gdzie jest Hanks?

    Chwila ciszy - pewnie się naradzali. W końcu powiedzieli, że nie mieli od niej żadnych wiadomości. Przed czterema dniami poleciała do Shejidan i wpadła w czarną dziurę.

    - Pewnie nic się jej nie stało. Atevi zauważyli, że mamy na górze towarzystwo. Rozumiem, że to nasi?

    Biuro Spraw Zagranicznych odpowiedziało:

    - To "Feniks" w bardzo drażliwym nastroju.

    - Jaka jest sytuacja?

    - Delikatna.

    - Chcecie współpracy atevich? Chcecie od nich zaproszenia? "Czy mówisz pod przymusem?" - usłyszał zaszyfrowany zwrot.

    Roześmiał się. Zabolało i poczuł w oczach łzy.

    - Pierwszeństwo, pierwszeństwo, pierwszeństwo, BSZ jeden. Przekażcie kody Hanks z powrotem numerowi dwa i dajcie mi antenę na Adams, dzisiaj z Shejidanu. Nie działam pod przymusem.

    Samo Biuro Spraw Zagranicznych nie mogło dać mu takiego upoważnienia - a przynajmniej tak twierdził urzędnik pełniący dyżur.

    - Posłuchajcie, siedzę tu, rozmawiając w mospheiranie, dzięki pół tuzinowi wysoko postawionych atevich, którzy udostępnili mi swój sprzęt. Powiedziałbym, że świadczy to o dużej dozie zaufania. Przekażcie to na odpowiedni poziom.

    Atevi nie mieli słowa na zaufanie. Tak powiedziało Biuro Spraw Zagranicznych.

    - Mają słowa, których nie mamy my, BSZ. Słuchajcie Hanks albo słuchajcie mnie. Ja muszę przeprowadzić tę rozmowę. Naprawdę potrzebujemy zezwolenia aijiego na pobyt na tej planecie. O co chodzi "Feniksowi"?

    Biuro uznało, że powinno porozmawiać z prezydentem.

    - Proszę bardzo. Będzie o wiele uprzejmiej, jeżeli moja rozmowa z "Feniksem" przejdzie przez antenę na Adams. Alternatywą aijiego jest antena satelitarna na Mogari-nai i on chyba użyje jej bezpośrednio. Atevi mogą sobie poradzić beze mnie. Gdyby zechcieli. Rozumiecie? Rząd Tabiniego znajduje się pod presją. W prowincji Maidingi wybuchły zamieszki. Tam właśnie byłem. Tabini musi zareagować na obecność statku.

    Zaproponuje Mospheirze szansę wzięcia udziału w tej reakcji. Jednolity front, BSZ. Myślę, że uda mi się to załatwić.

    Trzy godziny, powiedziało Biuro. Będą musieli porozmawiać z prezydentem. Zebrać radę.

    - Trzy godziny maksimum. Przypominam, że znajdujemy się w Patronacie Zachodnim. Tabini w ostatecznym rozrachunku będzie działał w interesie Patronatu. Gorąco doradzam przyłączenie się do niego. _

    Biuro Spraw Zagranicznych zakończyło rozmowę. Komputer rozłączył się. Bren zamknął oczy, poczuł delikatne ukłucie ludzkiej odpowiedzialności. Bardzo delikatne. Będzie człowiekiem po sesji hasdrawadu. Po rozmowie z Tabinim. Dostanie samolot na Mospheirę... Wierzył, że tamtejsze szpitale będą wiedziały, jak go poskładać.

    - Nand' paidhi - odezwał się po chwili Banichi.

    Nie rozumieli tej rozmowy. Banichi być może rozumiał co trzecie słowo, ale nikt inny. Byli cholernie cierpliwi. I słusznie zaniepokojeni.

    - Powiedz Tabiniemu, żeby przygotował antenę na Mogari-nai do rozmowy ze statkiem dziś wieczorem. Chyba dostaniemy antenę na Allan Thomas, ale kiedy ma się do czynienia z Mospheirą, nadiin, zawsze trzeba dać im do zrozumienia, że istnieje alternatywa.

    - Jaką alternatywę przedstawimy temu statkowi? - zapytała Ilisidi.

    Bystra kobieta.

    - Jaką alternatywę? Przyszłość stosunków między atevimi i ludźmi. Współpracę, patronat i handel. Odpowiednim słowem jest tu "traktat", nand' wdowo. Posłuchają. Muszą posłuchać.

    - Odpocznij - powiedziała stojąca za nim Jago i odgarnęła mu włosy z czoła. - Bren-ji.

    Przez chwilę nie chciało mu się ruszyć. Wystarczająco bolało go w drodze do kabiny.

    Prawdopodobnie Tabini wiedział o wszystkim, co właśnie zostało powiedziane - plus minus kilka kodów; ale i na to nie ma co za bardzo liczyć, jeśli wzięli się za to specjaliści. Jeżeli chodzi o liczby, to niczego, czym się posługiwano, żeby ominąć atevich, nie można było używać długo.

    Pokój leżał jednak w interesie wszystkich. Na pewno w interesie Tabiniego. I ludzi - tych na statku oraz przywiązanych do planety kolonistów znajdujących się bardzo, bardzo daleko od swego macierzystego świata.

    Powiedział Djinanie, że być może będą chodzić po księżycu. Teraz mógłby się o to założyć. Tylko żeby Malguri przetrwało. Z wysiłkiem zamknął komputer. Jago zamknęła walizeczkę i odłączyła przewód. Potem trzeba było wstać.

    Udało mu się tylko tyle. Podtrzymał go Banichi, stojąc na jednej nodze. Aiji-wdowa powiedziała coś nieprzyzwoitego o młodzieńcach, którzy padają u jej stóp. Idź usiąść, ona rządzi w tym samolocie.

    - Pozwól - powiedziała Jago i objęła go w pasie, co znacznie wpłynęło na stabilność samolotu, przynajmniej w jego oczach. Banichi pokuśtykał za nimi. Usiadł obok Brena.

    - Daleko, prawda, nadi? - rzekł Banichi. - Jeśli wy tam polecicie, to my też, nadi.

    Nie mógł powiedzieć, że rozumie Jago, Banichiego czy Tabiniego.

    Nie mógł powiedzieć, że oni go rozumieją.

    Banichi wpadł na przerażającą myśl. Bren-jednak nagle uznał to za możliwe, kiedy nastąpią negocjacje, kiedy Moshpeira zbuduje ten pojazd orbitalny albo statek zbuduje lądownik. Atevi polecą w kosmos. Nie ma wątpliwości. Jeszcze za jego życia.

    Baji-naji. Kości zostały rzucone, Los i Przypadek dokonały wyboru. Nikt nie rodzi się przywiązany do patronatu. Trzeba gdzieś znaleźć swoje man'chi i wejść w coś, co ludzie niezupełnie mogą zgłębić.

    Chociaż może, jak to bywa z takimi sprawami, atevi też nie znaleźli na to dokładnego określenia.

K O N I E C